„Piękny Wschód” 2015

… czyli o 24 h w siodle i o tym, dlaczego nie należy wątpić w kobiety z Zachodniopomorskiego

Zapraszam do relacji o Ultramaratonie „Piękny Wschód”, którą pierwotnie zamieściłam na swoim facebook’u.

Kilka słów o co chodzi: do pokonania była pętla o dystansie 504 km. Jeśli ktoś by pytał: nie, to nie jest dystans przewidziany na tydzien  Konkretnie na 25 h, by uzyskac kwalifikację na ultramaraton Baltyk-Bieszczady-Tour (1008 km w 72 h) lub by go w ogole ukonczyc – na 34 h.

Podeszłam do startu z bardzo dużą pokorą i z jeszcze większym przerażeniem. Dotychczas moim najdłuższym dystansem pokonanym na rowerze było 270 km, który przejechałam rok temu, więc tak naprawdę nie miałam świadomości prawie dwukrotnie dłuższej odległości… ale nic to – w końcu trzeba było to sprawdzić.
Część znajomych na tę wiadomość reagowała niezbyt optymistycznie twierdząc, że triathlon był już hardcorowy a to już jest poza skalą. Moja mama panikowała od miesiąca i proponowała, że może jednak bym odpuściła, tata twierdził, że wierzył od początku, ale na pożegnanie powiedział, żebym odpuściła jakby coś się działo. Generalnie musiałam złożyć przysięgę, że nie zemrę na Lubelszczyźnie. Nie tylko sobie więc zapewniam kopa adrenaliny, ale też najbliższym 
Ja sama nie za bardzo to czułam. Rysowałam sobie w głowie najczarniejsze scenariusze, gdzie jadę mając tragiczny kryzys od połowy trasy, gdzie zastaje mnie noc w lesie, leje, jest zimno i pęka mi dętka (… i dopadają mnie wilkołaki i zagryzają) albo docieram do mety po 34 h rozstrzęsiona i zapłakana, szlochając, że to był horror – serio tak myślałam. No ale do portu:
Na miejsce startu dotarłam z moimi towarzyszami niedoli – Jurkiem i Michałem. Chłopaki mieli chrapkę na dobry czas a ja na… przeżycie z lekkim afektem na kwalifikację. Na samym początku poznaliśmy organizatora – dziarskiego Włodka, pasjonata kolarstwa, który chwilę po przywitaniu zapytał czy ja też startuje, na moją twierdzącą odpowiedź, odparł, że chłopaki to sobie poradzą, ale co do kobiet startujących to nigdy nie wiadomo – nie miał nic złego na myśli, ale na pewno taka wypowiedź nie wytłumiła chaosu w mojej głowie. Kolejnym faktem, że czułam się, że chyba jestem tutaj przez pomyłkę to była reszta uczestników – sami kozacy, którzy szarpali się na swoje rekordy życiowe (cytat: „pierwsze 100 km pełna dzida a reszta do oporu!”). Wiadomo, że takie imprezy są dominowane przez mężczyzn, kobiet było zaledwie 3, z czego ja byłam najmłodsza.

Na odprawie dostaliśmy rozpiskę trasy, kartę startową do podbijania na punktach kontrolnych i chyba z 10 paczek izotoniku w proszku poporcjowanego jak koks 
Padały podejrzenia, że pod przykrywką wyścigu, mieliśmy zrobić przerzut towaru przez granicę w Terespolu 
Po odprawie przyszykowaliśmy swoje rzeczy, zjedliśmy solidną dawkę węgli i poszliśmy spać – w końcu nasza grupa startowała o 7:09.

Nazajutrz z emocji nie mogłam już spać od 3:30. Byłam zdenerwowana, ale nie jak zwykle, że zamieniam się w straszną zołzę i się irytuję każdym słowem skierowanym w moją stronę. Po prostu byłam podekscytowana, ale chciałam zachować maksymalny spokój.

Wystartowaliśmy w czwórkę – ja, Michał, Jurek i poznany przez nas dzień wcześniej Paweł. Chłopaki dogadali się co do tempa (cytat: „nie będziemy przekraczać 30 km/h, żeby się nie zajechać”… terefere). Ja wiedziałam, że dam radę im potowarzyszyć tylko przez kilka kilometrów i raczej resztę trasy będę pokonywała solo.
Tak też było, po starcie ruszyliśmy w jednym szyku, pogoda jak zamówiona, słoneczko, bezwietrzniem rzeczywiście prędkość naszego peletonu nie przekraczała trzydziestki… ale trwało do momentu, kiedy nie wyprzedziła nas następna grupa czyli niecałe 20 km. Wtedy chłopakom zrobiło się cięższe kopyto i prędkość nagle wzrosła, więc ja zaczęłam odpadać. Założyłam sobie, że za żadne skarby nie będę wychodziła z mojej strefy komfortu, bo to żadna sztuka się zajechać na pierwszych 50 km. Tak też moja grupa utraciła parytet 
Nie minęło wiele czasu a doścignęła mnie kolejna ferajna – zaproponowali mi przyłączenie się do nich. Na początku odmówiłam grzecznie, bo widziałam, że tempo mają prężne, ale kiedy ich dogoniłam w Miedzyrzecu, dwóch panów wzieło mnie pod skrzydła i pozwoliło mi przysiąść na kole i tak dojechałam z dwoma Jankami do pierwszego punktu kontrolnego przy okazji dając mi kilka rad jak np. żebym dołączyła do jakiejś grupy o podobnym tempie, bo w nocy może być niebezpiecznie (dzięki, kurde! Tego potrzebowałam). Dalej się pożegnaliśmy, bo na zmianę wszedł ktoś z ciężką nogą i nie byłam w stanie nadążyć.
Moja samotność trwała może jakąś godzinę, aż dorwało mnie dwóch wesołych chłopaków z Lublina, którzy ściagali się na 250 km. Jak usłyszeli, że robię 500 km od razu uformowali szyk, bym mogła wejść na koło i odpoczywać. Na moją propozycję, że też mogę iść na czoło, odpowiedzieli, że mam oszczędzać siły, bo mam jeszcze spory dystans do zrobienia i będą mi towarzyszyć do momentu aż nasze trasy będą się pokrywać… dżentelmeństwo w sporcie mnie naprawdę urzeka  Jechaliśmy więc prawie 100 km razem i to był najlepszy i najszybszy odcinek na całej trasie. 30 km przed Sławatyczami (jakiś dwusetny km) rozstałam się z moimi kolegami ze złożoną mi obietnicą, że będą trzymali kciuki całą noc 
Liczyłam zajechać na punkt kontrolny w Dorohusku (280 km) na 18:00. Niestety droga była fatalna, asfalt połatany albo podziurawiony nie pozwolił mi na utrzymanie takiego tempa jakiego bym sobie życzyła. Na szczęście zdązyłam dotrzeć tam przed zmrokiem, bo czekały tam na mnie światełka, ciuchy na noc i jedzenie na dalszą jazdę.
Najwiekszym wyzwaniem dla mnie w tym wyscigu był nie dystans (choć ten plasował się na drugim miejscu) a właśnie konieczność jazdy nocą. Nie lubię ciemności, bo czuję straszny dyskomfort, dlatego zawsze unikam nieoświetlonych miejsc i prędzej nadrobię kilka km drogi niz przejdę ciemnym skrótem. Do tego mam kiepską orientację w terenie i bardzo bujną wyobraznię (nagle przypominają mi się wszystkie dotąd obejrzane horrory i thrillery o psychopatach), wiec grunt pod panikę jak znalazł.
Noc ma jedną zaletę – jest mniejszy ruch… i w zasadzie to wszystko. Za to jest mgła, temperatura spada, jest słaba widoczność, pomimo mojej 1200-lumenowej lampki, która sprawiała, że byłam widoczna nawet z kosmosu… (no i te wilkołaki, zombie i psychopaci). Na domiar złego ciśnienie podwyższały mi wyskakujące z gospodarstw psy, ktore pruja za rowerem, żeby użreć cię w kostkę. Rekordzista, średniej wielkości, kudłaty kundel leciał za mna pól wioski… predator jeden.
Chwilę grozy przeżyłam, kiedy zostałam oślepiona przez auto jadące z naprzeciwka i wjechałam z impetem w wielką dziurę w asfalcie. Myślałam, że pękła mi obręcz w przednim kole, ale na szczęście na strachu i na lekko przetrąconym nadgarstku się skończyło.
Ok 23:00 docieram do Hrubieszowa. Tam błądziłam dobre 30 min, by znaleźć punkt kontrolny, który był źle opisany. Strasznie mnie to wkurzyło, bo traciłam zapas czasowy, który gwarantował mi przejechanie trasy poniżej 25 h. Na szczęście trafiłam do punktu, odbiłam kartę, uzupełniłam izotoniki i rozprostowałam plecy, które już od 100 km dają o sobie znać. Panowie z punktu kontrolnego pocieszyli mnie, że droga do Chełma będzie dużo lepsza i jest płaska, więc bedzie się dużo lepiej jechało. Mieli rację.
Chełm zdobyłam ok 3:00 nad ranem. Tu straciłam nadzieję na kwalifikacje. Przede mną było jeszcze 100 km i ostatni punkt kontrolny w Urszulinie. Znowu posiłkowałam się wskazówkami panów na punkcie jak wyjechać z miasta. To bardzo usprawniło moją jazdę. Na tym odcinku czułam już lekkie zmęczenie, bolały mnie już kolana, ale okazało się, że jestem w stanie utrzymać dobre tempo. Nawet panowie z punktu kontrolnego powiedzieli mi, że wyglądam, że jestem w dobrej formie i należę do nielicznych osób, które na tym etapie się uśmiechają  Postanowiłam zawalczyć o kwalifikację! Jednocześnie zaczęło świtać. W końcu widoczność była dobra, opadła mgła i jeśli do Urszulina zajadę na godzinę 5:00 to powinnam się wyrobić do Parczewa w czasie 25 h. Znowu skoczyła mi adrenalina, zmęczenie gdzieś odeszło, ból w łopatce był już nieistotny. Dołączyła do mnie grupka, która goniła mnie od Dorohuska.
W Urszulinie odbiliśmy kartę i dosłownie biegiem wsiedliśmy na rowery i pruliśmy na metę.
Dojechalam na miejsce ok 7.45 czyli po 24 h i 39 min, bo oczywiście nie byłabym sobą, gdybym się nie zgubiła w samym Parczewie:) Zeszłam z roweru i pewnym kowbojskim krokiem, na sztywnych nogach odebrałam medal, mówiąc Włodkowi, żeby nigdy, ale to przenigdy nie wątpił w kobiety… szczególnie te z Pomorza Zachodniego! 
W tym czasie chłopaki zdążyli już się wyspać, bo dotarli na metę po 19 h, także rozbili system i stali się realną konkurencją dla tych kozaków w koszulkach z 1008, szacun 

Podsumowując ten mój cały wybryk, uważam, że podeszłam do zadania bardzo taktycznie i przemyślanie (i odpuśćmy kwestię zgubienia się w Parczewie). Bardzo pilnowałam regularnego picia i jedzenia (postawiłam na cukry proste czyli głównie czekoladę), przyjmowałam co 100 km aspargin, żeby nie dostać skurczy mięśni i byłam dobrze ubrana. Noc przetrwałam dzięki nastawieniu psychicznemu i świadomości, że mogę jechać sama. Nie zatrzymywałam się też w nieoświetlonych miejscach (by nie prowokować zombie) Cały dystans podzieliłam sobie na odcinki od jednego punktu kontrolnego do następnego i nie myślałam o nim jako o całości, by się nie deprymować. Nie dałam się też ponieść ambicji i trzymałam optymalne dla mnie tempo, dzięki czemu nie dopadła mnie ściana. W sumie jakbym musiała przejechać jeszcze następne 100 km po dotarciu na metę, to czułabym się na siłach by to zrobić. Teraz pozostaje tylko pracować nad cięższą nogą… i podbić ultramaraton Bałtyk-Bieszczady-Tour 2016!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *