Dwa kółka, kratery i żar

Inaczej ujmując Maraton Podróżnika 2018.

Intro

Z przerażeniem i zażenowaniem odkryłam, że mój ostatni (ukończony) ultramaraton miał miejsce w 2015 roku.

Próbowałam to sobie jakoś wytłumaczyć. Powodów było kilka, ale jeden był chyba najdonioślejszy: rok temu przeżyłam ciężkie i niepodziewane rozstanie, które rozdarło moje serce, a i wpłynęło na to, że nie podejmowałam się żadnych kolarskich wyzwań. Długo nie mogłam się otrząsnąć, że ukradziono mi Serge’a. Mam nadzieję, że ten który dotknął jego śnieżnobiałą ramę swoimi brudnymi łapskami, został ogarnięty klątwą faraona do końca swoich dni (naprawdę nie jestem fanką zemsty, ale dla złodziei rowerów bym ustawiła lub przywróciła do użytku pręgierz w centralnym punkcie każdego miasta).

Cóż, nawet tak niepowetowaną stratę trzeba przeboleć i pożegnać się mentalnie z rowerem, który był ze mną od 2013 roku. To z nim zaczynałam swoją przygodę z kolarstwem szosowym, ultramaratonami i triathlonem.

Serge’u Morain – dziękuję. Zawsze będziesz pierwszy.

Miejsce Serge’a przejęła Bella i to był jej ultramaratonowy debiut.

Tyle słowem wstępu. Konkrety, konkrety.

Maraton Podróżnika co roku ma inną trasę w różnych częściach Polski, a o tym decydują Forumowicze ze strony podrozerowerowe.info. 2018 rok zadedykowano Pomorzu Zachodniemu (głównie), a centralnym punktem było Pojezierze Drawskie i Ińskie. 550 km wyrypy.

trasamp2018.pngScreen z https://ridewithgps.com/routes/27499349

Na bazie w Krzemieniu zameldowałam się dzień wcześniej. Kilka znajomych twarzy, kilka poznanych twarzy, ogólnie bardzo przyjemna atmosfera z ogniskiem w roli głównej. Przygotowałam rower, odebrałam nr startowy, rozbiłam namiot i po wieczornej toalecie zlądowałam do śpiwora.

Jednak zanim udało mi się zasnąć, kilu panów przy ognisku postanowiło przedłużyć sobie imprezę oraz umilić czas sobie (jak i reszcie campingu) najlepszą muzyką jaką Polska ma w swoim dorobku: disco polo.

Jeden pan wyznał, że jak słyszy takie nuty, to od razu mu nóżka lata. Jego kolega chyba był trochę zmieszany, bo chyba zwrócił mu uwagę, bo nagle nasz DJ i koneser gatunku na cały głos zaczął perorować (cytuję z pamięci, ale sens jest oddany):

„Co bydło, jakie bydło? Kulturalnie tu siedzimy przy ognisku, muzyczka leci, jaki problem?! Ja tu przyjechałem się zrelaksować, nie będą się stresował”.

„Jak będzie problem, to przyjdą powiedzieć, co ja się będę przejmować”.

(a w tle discopolowe umcy-umcy o naprawdę wybitnym tekście dotyczącym kobiecych części ciała i chyba jakiejś rurze, którą ktoś miał gdzieś pokazać – aż żal, że wyparłam to z pamięci. A! I była jeszcze jedna serenada, która nie dość, że wychwalała aparycję oraz jedną (tak: JEDNĄ) cechę charakteru pod niebiosa niejakiej Oli, to jeszcze zawierała przewrotne zabiegi językowe. Polecam: „Ale- , Ale- Aleksaaaaandraaaaaa, ale ale ładnaaaaaaaa, taka taka taka skromnaaaaa, taka taka seksi bombaaaa”. Prawdziwa duchowa uczta. Nóżka lata.).

Także kiedy nasz filozof osiągał swój muzyczny zen, wewnątrz mnie się gotowało.          Na szczęście zanim zdążyłam się wkurzyć na tyle, by wyłuszczyć siebie ze śpiwora i zakończyć ten wyjątkowy recital, nasz wodzirej postanowił udać się na spoczynek, co pozwoliło i mi zasnąć.

Rozdział pierwszy: Żar

Zawsze zrywam się przed takimi imprezami przed budzikiem i na wyraźnym nerwie. Poranek przed startem to naprawdę logistyczne wyzwanie – oprócz mojego mózgu muszę ogarnąć jedzenie, ubranie się stosownie do pogody, złożenie namiotu, przestawienie auta i milion różnych pierdół, których nie mogłam zrobić wcześniej (serio).

Kiedy już ogarnęłam wszystkie potrzebne i niepotrzebne rzeczy zrobiła się 8:00. O tej godzinie 20 st. C może oznaczać tylko jedno – będzie jeszcze cieplej… znaczy się spłoniemy. W sumie wolę palić się na słońcu niż jeździć w deszczu, więc jakoś specjalnie nie przeżywałam. Jak to się mówi – warun dobry.

8:25 – rozpoczynamy mozolny proces grillowania. W ciągu dnia temperatura przekracza 30 st.

No i sobie jadę. Już w pierwszych kilometrach była mozliwość dobudzenia się, bo droga była była tak dziurawa, że wstrząsy skutecznie wytrzepywały resztę porannej senności… razem z mózgiem. Zresztą jak się potem okaże, nie ostatni raz. Nie uprzedzajmy jednak faktów.

Pierwszy punkt (Połczyn Zdrój) zdobyty z opóźnieniem… a to tylko dlatego, że postanowiłam sobie zrobic „wycieczkę” jadąc zarąbistym asfaltem, nową drogą do Drawska (zresztą nie tylko ja, jak się potem okazało) zamiast skręcić na brzydką, dziurawą i wąską drogę, którą wiodła trasa. Musiałam zawrócić. Kilkadziesiąt kilometrów później podobny numer zrobiłam jadąc nie tą stroną jeziora. Tym sposobem moja trasa do PK1 wydłużyła się o 20%. Cała ja.

Jadę dalej. Żar leje się z nieba. Od mojej ostatniej pomyłki nie spotykam już nikogo na trasie. Dopiero blisko Mielna łapię Łukasza, który na mój widok wykrzyknął: „Hurra! NIe jestem ostatni!”… Zajebiście…

Mielno (drugi punkt kontrolny), jak zapewne każdy wie, to nie miasto – to stan umysłu.

A co ja Wam będę zresztą gadać. Czy kojarzycie jakieś inne miejsce w Polsce, ba! A może na świecie, gdzie niby znalazłeś się w Californii a jednak na Arktyce?

Nie?

To proszę:

1174883_704395432919736_719709472_n.jpgMielno 2013, pierwsza wyprawka rowerowa po polskim wybrzeżu. Pozdrawiam Kahę i Bixa.

Z Łukaszem jedziemy razem jeszcze przez jakiś czas, jednak rozdzielamy się trochę przed PK3. Właśnie pęka 200 km a mój żołądek już skacze z radości na myśl o przygotowanym bufecie za kilka(naście) kilometrów.

Na tym etapie mogę stwierdzić, że jest naprawdę ok. Gorąco, spalam się, ale morale wciąż wysokie, mięśnie kręcą i w żadnym momencie nie myślałam o wycofce.

Wreszcie docieram na miejsce popasu, małej knajpki w Polanowie. I jakaż była moja radość, kiedy ujrzałam całe stado ultrasów, posilających się i ładujących energię na dalszą trasę. Myślałam, że będę samotnie wciągać talerz bolognese, podczas gdy organizatorzy będą nerwowo patrzeć na zegarek, żebym już w końcu ruszyła dalej, bo oni chcą zwijać interes. Od razu zganiłam siebie w myślach, bo w końcu, czy kiedyś coś takiego mi się przydarzyło na ultramaratonach? Nigdy!

A! I jeszcze się okazało, że za mną jest jeszcze 5 osób! No jestem torpedą po prostu.

Organizatorzy przywitali mnie z szerokim uśmiechem, od razu wskazali gdzie mogę odebrać swój przydział strawy. Podali coś do picia, podpisałam listę, czy co tam trzeba było zrobić. Jak tylko usiadłam, moje danie zniknęło w mig. Podobnie zniknęły dwa kawałki arbuza, wafelek i chyba pół paczki precelków. Czary jakieś. A tak serio to na takich dystansach ja nie jem  – ja chłonę. Z elegancją nie ma to nic wspólnego a tym bardziej z rozsądnym łączeniem dań i przekąsek. Cóż… co tu dużo mówić. Po pierwsze chodzi o zmianę smaku (cały dzień ładujemy w siebie słodkie rzeczy: słodkie izotoniki, słodkie żele, batoniki, banany. Wszystko co jest kaloryczne i z dużą ilością cukru. Człowiek staje się jednym wielkim węglowodanowym ulepkiem. Więc jak jest opcja na coś wytrawnego, to nikt nie odmawia. I za każdym razem słyszę przynajmniej raz: „w końcu coś co nie jest słodkie”. Po drugie, wydatek energetyczny po 200 km już jest tak duży, że trzeba bardzo szybko uzupełnić zapasy, by nie opaść  z sił 😉

Żer uskuteczniałam koło chłopaków, którzy już od dłuższego czasu tutaj sobie odpoczywali. Kiedy chłopaki namawiali się, że już czas na wypad w dalszą trasę, usłyszałam:

– Jedziesz z nami?

Uniosłam niepewnie głowę z nad talerza, nie będąc pewna czy to do mnie.

– Ale ja nie jadę szybko…

– A my też nie.

(taaa wszyscy tak mówią, pomyśłałam)

– No dobra! Za ile jedziecie?

I tak poznałam Michała i Sebastiana.

Rozdział drugi: Muszkieterowie ruszają w noc i „jak to nie jesteś Karolina?!”

No więc czas w drogę, bo się ściemnia. Tym razem już nie solo! Jazda w grupie mnie stresuje, bo zawsze się boję, że nie utrzymam tempa a potem stracę siły i umrę w krzakach i tyle z tego będzie. Z drugiej strony jazda solo na noc to ani fajne ani bezpieczne… i w sumie też mogę umrzeć w krzakach. Summa summarum w grupie lepiej. I można sobie pogadać

Między nami „kliknęło” praktycznie natychmiastowo. Było strasznie śmiesznie i od tego momentu słowo „wyścig” już będzie w cudzysłowie. W sumie to jechaliśmy i paplaliśmy o rzeczach mniej i bardziej istotnych. Jedną z takich donioślejszych kwestii było moje imię: otóż nie wiadomo skąd i dlaczego przekonanie chłopaków, że moje imię brzmi Karolina. Podobno jestem podobna do niejakiej dziewczyny z forum, którą chłopaki kojarzą. A w dodatku nie byli sobie w stanie przypomnieć mojej prawdziwej godności, tak więc nawet na chwilę zostałam ochrzczona nawet Haliną. Wątek Karoliny był tak długo wałkowany, że żadne z nas już nie wiedziało, kto już kogo wkręca – czy ja – że jestem Karolina czy M i S – że mi nie wierzą. S to chyba do końca nie był przekonany 🙂

Także tak płynęły nam powoli kilometry (na zdjęciu z Sebastianem).

34963026_10211889078969598_4856882785073233920_n.jpgFot. Michał Missima

Pomijając kwestię „Karolina-Gate” zgadzaliśmy się w jednym: że ultramaratony są fajne, bo jest luźna atmosfera. Nie ma tego napięcia, kipiącego testosteronu i zażartej walki o każdą urwaną sekundę jak w krótkich dystansach szosowych. W ultra jedzie się w średnim tempie, nie ciśnie się jak pokąsany no i jest czas, żeby sobie pogadać z fajnymi ludźmi:)

Ponadto wzięliśmy sobie do serca tytuł imprezy: „Maraton Podróżnika”. Odbywaliśmy zatem ultramaratonową podróż!

Przykładowo zboczyliśmy na chwilę z trasy, by zobaczyć gratkę tylko dla wtajemniczonych:  pierwszą w Polsce elektrownię szczytowo – pompową!

Jeśli kogoś nie przechodzi dreszczyk emocji myśląc o takim obiekcie, to może przekona go widok:35051516_10211889077809569_4772779577296551936_n.jpgFot. Michał Missima

Po odwiedzeniu tejże atrakcji dogonił nas Krzysztof. No i od teraz mamy czwartego do brydża…

Nastaje noc. Teraz to się dopiero zacznie!

Jeśli myślisz, drogi Czytelniku, że w tym miejscu pojawią się opisy mrożące krew w żyłach, to jesteś w błędzie… częściowo. Ale po kolei: jechało się sprawnie, czasem ktoś wyrywał do przodu na cukrowym speedzie, czasem ciągnął się z tyłu na drobnym kryzysie, tworzyliśmy również zwarty szyk, któremu towarzyszyły śpiewy i niewybredne żarty, z których śmialiśmy się do rozpuku. Co jakiś czas, głównie jadąc lasami lub w okolicach mokradeł, wyrywało mi się szczerze, że jestem szczęśliwa, że nie muszę tędy jechać sama w nocy. Teraz kumkanie żab było po prostu odgłosem natury, muzyką lasu… a nie alarmem zapowiadającym atak wilkołaków.

Tak więc obawa przed nocnymi monstrami była znikoma. Jednak zupełne inna, realna sprawa nie dawała nam wytchnienia. Trasa MP prowadziła mało uczęszczanymi drogami. Ruch był praktycznie zerowy. Może mineły nas 2 może 3 samochody na godzinę. Niestety wynikało to z faktu, że jakoś tych dróg była tragiczna. Według mnie stosunek dziur do asfaltu potrafiła wynosić 90% do 10%. Nie przesadzam: czasem to były kratery a nie zwykłe ubytki w drodze. W nocy omijanie takich przeszkód nie było łatwe. To był pierwszy ultramaraton, po którym miałam siniaki na dłoniach.

Cieszyłam się również, że nie byłam sama w miejscowości Miastko. Tutaj postanowiliśmy uzupełnić zapasy wody i jedzenia. Znaleźliśmy jedyny otwarty sklep, a pod nim zgraję wyrostków, wdających się w bijatykę między sobą, używając przy tym takiego języka, mimo że też potrafię nie przebierać w słowach, skóra mi cierpła. Nagle jakoś ta konieczność uzupełnienia wody nie była taka paląca w naszych szeregach. Na szczęście kwiat miastkowej młodzieży poszedł załatwiać porachunki gdzie indziej i udało nam się dopełnić misji bez zarobienia w zęby i skrojenia nas z naszych rowerów.

Rozdział trzeci: noc pełna grozy i o tym, czy da się oszukać przeznaczenie

O ile towarzystwo dzielnie dawało sobie radę na tych wertepach, o tyle rower S nie wytrzymał tego dziurowego mózgotrzepa… na którejś wyrwie jakieś 50 km od Szczecinka po prostu pękła mu szprycha. Tragedia. W środku nocy, na jakimś zadupiu. Wyzwanie było cieżkie, bo asfalt, choć już nie tak tragiczny, nadal nie powalał jakością. „Byle do Szczecinka…. byle koło wytrzymało….” chyba każdy z nas modlił się w głowie w ten sposób.

Modły do Wielkiego Boga od Szprych chyba zostały wysłuchane, bo koło wytrzymało wiele więcej niż do Szczecinka. Gdy dotarliśmy tam nad ranem (a to już 360 km), S uznał, że jedzie dalej. Właściwie koło rzeczywiście dawało radę jak na taką awarię. Ósemka na początku była minimalna. Dopiero po jakimś czasie trzeba było rozpiąć hamulce, bo koło się o nie obijało. Tak więc udało się zdobyć jeszcze Borne Sulinowo, gdzie odczarowałam to miejsce w moim umyśle, bo w końcu przejeżdżałam przez nie za dnia!

(Tymczasem słońce już wstało i powoli daje o sobie znać, znowu powracamy na ruszt.)

Potem był Wałcz (440 km) a za nim jego magiczne miejsce, gdzie samochody/rowery jadą same pod górkę – pamiętajcie, że cały czas zwiedzamy i to ponad dobę! Jesteśmy gotowi atakować ostatni punkt kontrolny przed metą. Tu się jakoś całkiem nieźle jechało, ale żar dosłownie nas trawił, dlatego co jakiś czas chłodziliśmy się w cieniu lub na klimatyzowanych stacjach benzynowych (polecam dla zmiany smaku bezalkoholowego radlera).

W miejscowości o wdzięcznej nazwie Hanki, niewdzięcznie rower S postanowił odmówić posługi. 70 km przed metą pękły kolejne szprychy i to już był game over. W następnej kolejności poszłaby zapewne obręcz. Strasznie szkoda, bo dla S to był pierwszy ultramaraton. Pozostał tylko telefon do organizatora i S został zgarnięty z trasy.

Epilog czyli muszkieterowie kończą to co zaczęli 32 h temu

Pozostaliśmy we trójkę (na zdjęciu Michał na pierwszym planie, a koło mnie Krzysztof), tutaj już jesteśmy naprawdę blisko – 20 może 30 km do mety, chowamy się przed słońcem, wcinamy żelki i chyba wyglądamy całkiem rześko:

35143737_10211889045408759_7157555070274371584_n.jpgFot. Michał Missima 

No i już tak sunęliśmy jak pociski na tej „ostatniej prostej”, zapał mi się wystudził na ostatnich 11 km, gdzie był całkiem pokaźny podjazd, pod który już się trochę ciągnełam, ale nie miało to większego znaczenia. Trasa „pożegnała” nas oczywiście wielkimi dziurami na małym acz stromym podjeździe i w tym momencie byłam blisko, by zejść i prowadzić rower, bo moje dłonie krzyczały „NEIN” (naprawdę – tak krzyczały).

Na metę w Krzemieniu wjechaliśmy tyralierą, uśmiechnięci, dumni…. i ostatni 🙂

To był bardzo długi maraton, ale chyba najfajniejszy jak do tej pory.

34919514_2575592239133370_1537475086536146944_n.jpgFot. mój Tata. A na zdjęciu na mecie ja z moją Mamą 🙂

Dopiero po prysznicu doszło do mnie jaka jestem wykończona. Gdyby nie moi Rodzice, którzy już czekali na mnie na mecie, to chyba musiałabym sobie zrobic regeneracyjną drzemkę na trawniku przed jazdą autem. Moje styki mózgowe już nie stykały tak świetnie, a każdy intensywniejszy bodziec (np. muzyka w radio) sprawiał mi niemal fizyczny ból. Nie wiedziałam również, czy jestem bardziej głodna czy zmęczona i dlaczego siedzenie nieruchomo wysysa ze mnie energię.

Niemniej jednak bardzo mi się podobało, trafiłam na naprawdę świetnych Towarzyszy,  każdemu takich życzę. Przechaliśmy razem 350 km „wyścigu” a ile godzin ze sobą spędziliśmy, to już nawet nie zliczę. Kto wie… może usłyszycie jeszcze o muszkieterach?

 

 

6 Comments Add yours

  1. Wanda pisze:

    Super opowiedziane ,to był mega wysiłek a jednoczesnie bardzo fajne przeżycie …. jestem pod wrazeniem

    1. aswojadroga pisze:

      Bardzo dziękuję za miłe słowa. Pozdrawiam!

  2. Kasia pisze:

    brawo Simba 😀

  3. Ania pisze:

    Po przeczytaniu tego wpisu wszystko mnie boli… Może i nie przejechałam żadnego ultramaratonu, ale przynajmniej empatii nie można mi odmówić? 😛

    JESTEŚ WIELKA ŻOANKA ♥️

    1. aswojadroga pisze:

      Nie można – Twoje drugie imię to na pewno Empatia 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *