Kolarska przygoda z akcentem hydrologicznym

Prolog

Coś tam jeżdżę i chyba mogę powiedzieć, że chyba umiem w ultra1.

Jednak rajd, o którym opowiem, to dla mnie zupełnie coś nowego. Jeżdziłam już na dłuższych dystansach, ale z tą różnicą, że miałe one charakter wyłącznie szosowy.
Jednak od kiedy do mojej floty dołączył gravel, moja miłość do kolarstwa szosowego gdzieś wyparowała. Również przestałam siebie odnajdywać na tego typu imprezach.
Szukam innych wrażeń odmiennych od rywalizacji, beznamiętnego trzymania tempa i walki o najlepszy czas.

Jedna z moich idolek – Alexandera Houchin – która jej absolutną ikoną w wyścigach bikepackingowych, zdobywająca pierwsze miejsca jeżdząc na rowerze jednobiegowym  mawia, że lubi rywalizację, ale lubi też się zatrzymać i „wąchać róże po drodze”.
I ja się też podpisuję pod tym dwiema rękami – bo chodzi o pełne doświadczenie z drogi, a nie tylko o wynik.
Dlatego gravel to dla mnie trafienie w dziesiątkę: jak strzała amora, jak świetnie dopasowana rękawiczka, albo piosenka, która rezonuje z nastrojem. I to wszystko w pełnym kontakcie z naturą i pewnie też z samą sobą.

W imprezach ultra jest coś jawnie uzależniającego. Zapewne odpowiada za to mieszanka eskcytacji, jakiegoś rodzaju lęku, wyzwania i na pewno też bólu. To wszystko dopełniają też ludzie, którzy tkwią z Tobą w tej nienaturalnej, czy wręcz absurdalnej sytuacji – każdy przeżywając to na swój sposób. I każdy mógłby napisać tuaj inną historię.

Niesamowite też, ile organizm potrafi udźwignąć, jak się regeneruje i jak długo potrafi funkcjonować pod obciążeniem. Lubię też zmianę percepcji po np. zarwanej nocy. To taki stan między skrajnym zmęczeniem a stanem upojenia. Przypuszczalnie ciała endokanabioidalne robią swoją robotę i dostarczają lepszy towar do mógu niż Twój osobisty dealer.2
Na takich dystansach w jakimś momencie też musi się pojawić myśl: „Dlaczego ja to robię? Było w domu siedzieć. TV oglądać.” – tym głośniejsza im ból jest większy.

A już dwa dni po wyrypie człowiek myśli o udziale w następnej takiej imprezie.
I nie wytłumaczę tego tym, którzy jednak wybiorą srebrny ekran zamiast wielodniowej sponiewiery.
Jeśli jednak zasiało się w Was jakieś ziarenko chęci zajechania się kiedyś jak sandały Mojżesza – to polecam udział w Pomorskiej 500. A że do następnej edycji jeszcze trochę czasu, to zapraszam najpiew do przeczytania niniejszej relacji.

 __________________________________________________________


1 Z pewnym „ale”, jednak nie uprzedzajmy faktów.

2 Tak słyszałam.

Niewyścig

To jedna z imprez organizowana w ramach Polskiego Kolarstwa Przygodowego. Próżno w informacjach na temat tego rajdu szukać słów „wyścig” czy „rywalizacja”. Wręcz przeciwnie. Wydarzenia spod znaku PoKoPu stawia na bikepackingową przygodę, uważność i poddanie się temu, co daje droga.
Pomorska szczyci się również tym, że ponadpięćsetkilometrowa trasa wiedzie wododziałem pomorskim (od Czarnocina nad Zalewem Szczecińskim po Gdańsk) – w praktyce oznacza to, że trasa nie przekracza żadnej rzeki. Za to pod dostatkiem jest leśnych duktów, trawiastych ścieżek, mokradeł i piaszczystych łach.

Jedynymi ograniczeniami są oczywiście te własne, no i czas: na realizację swojego scenariusza przygody, każdy uczestnik ma 80 h


I ruszyli

Cieszę się, że wystartowałam dosyć wcześnie, bu już o 7:35.
Nerwy żarły mnie od kilku dni. Jak zwykle zresztą. Jednak już po starcie, gdzieś te emocje mogły znaleźć ujście i się rozproszyć.
Średnio wyspana, a raczej bardziej funkcjonująca na adrenalinie, całkiem nieźle mi się jechało.

Pola, lasy, nieco błota, trochę wzniesień i sporo piachu – w zasadzie wszystko, co jest mi znane.
Cel na pierwszy dzień to minimum Drawsko Pomorskie, czyli jakieś 160 km, w tym odcinek specjalny: 20 km po poligonie. Miałam naturalnie ambicje na więcej, ale warto założyć bezpieczny plan minimum.

W okolicach Drawieńskiego Parku Narodowego na ok. 120 km, ekipa z pobliskiej Ostoi zorganizowała dla uczestników Pomorskiej mały pit stop.
Napita więc jak bąk lemoniadką i z uzupełnionymi bidonami, dzielnie ruszyłam w stronę poligonu, by wjechać zwycięsko do Drawska i zapaść w triumfalnie w kimę, a może i przepedałować dalej. Bo dlaczego by nie?

A miało być tak pięknie

Ano może dlatego, że ambicje ambicjami, ale mój rower miał inne plany.

Zjeżdzając z górki manetka nie wrzucała mi biegów, a na końcu spadł mi łańcuch i to jeszcze tak się wplątał w przednią przerzutkę, że zajęło mi to chwilę zanim sobie z tym poradziłam.
Niestety to było tylko preludium do poważniejszej awarii. Przerzutka nadal nie odpowiadała na komendy manetki i uż pod skórą czułam, co się święci.
Ale nie chciałam przyjąć tego do wiadomości, a tym bardziej wypowiedzieć tego na głos.

Prawo Murphiego z pewnością przewiduje regułę, że idealnym momentem na takie wtopy to właśnie środek lasu bez zasięgu komórkowego.
Jak myślicie? Jak było w moim przypadku?
Odpadło mi w ten sposób wsparcie telefoniczne mojego kolegi z pracy.
(Co z perspektywy czasu może i dobrze, bo pewnie rozbeczałabym się jak bóbr, a to nie współgra z mitem mnie jako twardzielki, kota – ninja, walkirii i w ogóle prawdziwej królowej smoków).

Przynajmniej tak lubię o tym myśleć.

Trochę liczyłam, że może coś się zablokowało i zaraz to coś się cudem naprawi, ale trwanie w zaprzeczeniu nie trwało długo.

Dobrzy ludzie z rajdu zatrzymali się, a po dwóch minutach diagnoza się potwierdziła: zerwana linka przerzutki

No żesz ******1.

Chłopaki zaoferowali linkę i nawet jej montaż, ale okazało się, że to sprawa na dłuższą chwilę, więc doraźnie zaproponowali zrobienie sztywego biegu. Skrócili łańcuch, ustawili go na pasującej zębatce, no i w drogę… gdzie po kilometrze zerwa mi się łańcuch… ponownie w beznadziejnym impasie poprosiłam mijających mnie uczestników o pomoc, a moje poczucie bezradności chyba już wzięło górę i w tym miejscu – 10 km przed poligonem wewnętrznie już się poddałam. Tak czy siak musiałam dotrzec do Drawska.

I tak trochę jechałam, trochę pchałam rower. W modusie przetrwania2, 40 km na jednym biegu, gdzie napęd skrzypiał okrutnie i tylko czekałam aż łańcuch nie wytrzyma drugi raz. Składałam modły do tego niepewnego mechanizmu i prosiłam w duchu, żeby tylko przejechać poligon (mieliśmy przepustkę tylko do 22:00). A to ok. 20 km, częściowo po piaszczystych łachach.
I wyobraźcie sobie teraz jazdę po takim terenie z kadencją chomika w karuzelce – na amfetaminie na przykład (w sensie chomik – nie ja).

Nie polecam: 2/10.3


Asfaltowy odcinek poligonu wieszczył, że najgorsze za mną, a szczyt frustracji pomału mijał, ale zmęczenie w końcu musiało dojść do głosu. Pozbawiona też chęci na trwanie w tym absurdzie i właściwie pogodzona z myślą o porażce, chciałam na następny dzień wsiąść do pociągu w kierunku domu bez podejmowania próby naprawy Kii4.
W sumie miałam też dobrą wymówkę, że w końcu to nie ja wymiękłam, ale mój sprzęt nie dał rady.

____________________________________________________________

1 Tak, tu padło bardzo brzydkie słowo. Albo osiem.

2  Stan, w którym wyłączam wszystkie potrzeby i ból a może rodzaj odrętwienia skupiając się wyłącznie na dotarciu do celu, praktycznie się nie zatrzymuję a moja głowa jest skoncentrowana na pretrwaniu trudnej sytuacji.

3 Chciałam przy tej okazji przeprosić Organizatorów, za to co wówczas o nich myślałam.

4 Ale za to popełniłam błędy nowicjusza, które już moim dorobkiem nie powinny się zdarzyć. Więc nie zwalajmy wszystkiego na Kia Orę (przyp. alter ego aut.). Choć była świeżo wyserwisowana (famous last words:”Proszę tak przygotować rower, żeby przejechał bez awarii min 600 km.”. Szukam nowego serwisu. Ktoś coś?)
Nie dość, że nie miałam linki (spinki też nie), to na własne życzenie zafundowałam sobie ból żołądka biorąc niesprawdzony wcześniej izotonik. Osioł a nie ultras. Ale za to lody wodne wjeżdzały bez żadnych konsekwencji żołądkowych, więc tak wyglądała moja dieta przez cały pierwszy dzień.

„Co tam? Korba Ci się zaciera?”



– usłyszałam zza pleców.
Obróciłam się, a we mnie była wycelowana sportowa kamerka.
Tak właśnie poznałam Andrzeja.
Pchałam wtedy rower na wzniesieniu w obawie o łańcuch.

I prawdopodobnie historia mojego rajdu wyglądaby trochę inaczej, gdyby nie ta zaczepka1.

Wytłumaczyłam cierpliwie po raz setny, jak innym uczestnikom, którzy mnie mijali, że to nie ja jestem słabym ogniwem a mój rower. No i że linka, że w środku manetki, zło, katastrofa i jadę do domu blablabla.
A. być może głupio się zrobiło za ten złośliwy komentarz, choć wątpię, bo do końca tego dnia nazywał mnie z nieukrywaną radością „pompą zęzową” – ze względu na dźwięki wydające przez mój napęd przy każdym obrocie korby.
Niemniej jednak zaoferował mi swoje towarzystwo. Nie mając siły walczyć z nadanym mi przydomkiem, przyjęłam tę sytuację z dobrodziejstwem inwentarza.
No bo w końcu gorzej nie będzie, prawda?
I muszę przyznać, że dobry nastrój mojego nowego towarzysza udzielił się również mi i przegonił mojego wewnętrznego gnoma, który urastał od momentu awarii.

Bo A. jechał w trybie „impreza”: uzbrojony w zapas browarów, którymi regularnie się izotonizował i które dbały o zrelaksowane podejście do rajdu.
I to będzie miało istotny wpływ na dalszy scenariusz tego maratonu.

Nie uprzedzajmy jednak faktów.

Odwrócenie uwagi od dosyć cienkiej sytuacji, chyba zaczęło przynosić efekty i zdaję się, że zaczęłam się w końcu uśmiechać.

I nie wiem jakim cudem, ale mimo żółwiego tempa udało się opuścić poligon o czasie.
Do tego ekipa urosła o dwóch nowych ziomków – Piotrka i Mateusza. W takim składzie zakończyliśmy dzień.
Na rogatkach Drawska przypadł nam niespodziewany stop na herbatę i szasłyczka, z którego zjadłam dwa kęsy, bo nadal bolał mnie żołądek od tego nieszczęsnego izotoniku. Do tego właściciel restauracji, który zorgnizował ten pit stop zaproponował nam i innym uczestnikom nocowanie na glebie u niego w lokalu.

Nie mogę powiedzieć, że spałam zbyt wiele, bo co rusz jakiś dźwięk, chrapanie czy nazbyt szeleszczący śpiwór wytrącały mnie z tego letargu (chociaż bardziej przypominało to dźwiękiem folię aluminiową).

Żeby nie było, że ciągle narzekam, to, co by nie mówić, ten dzień zakończył się naprawdę pomyślnie, jak na położenie, w jakim się znazłam jeszcze kilka godzin temu.

Nazajutrz, ok. 5 chłopaki wyjechali w trasę, a mi przyszło czekać na bardziej ludzką godzinę, bym mogła zadzwonić do warsztatu.
Udało mi się skontaktować z pożądanym przybytkiem jeszcze przed otwarciem, a miły pan powiedział krótko: „niech pani przyjeżdża”.

____________________________________________________________

1 Jeden ze scenariuszy mówi, że mogłabym dojechać szybciej

I obudziła się nadzieja, że…

Wracam do gry

Wychomikowałam czym prędzej z restauracji na ulicę Krótką naprawdę ze średnią nadzieją, że coś się da zrobić.

I wspomnę tu słowa A. (którego tego dnia już nie dogoniłam): „Jak będzie serwis z duszą to się uda”.
No i trafiłam do serwisu z duszą.
Panu nie można było odmówić zaangażowania mimo szczerości, że manetki szosowe to nie jego konik. Zadzwonił nawet do swojego kumpla z Norwegii, który bardziej siedzi w temacie. Wprowadzenie do problematyki tego konkretnie tego modelu klamki, trochę gimnastyki i usłyszałam werdykt: da radę.
Spokojnie więc zamknęłam kartę przeglądarki na telefonie z połączeniami kolejowymi w kierunku Szczecina.

A żeby dobrych wiadomości było mało to zostałam zaproszona przez przemiłych ludzi z sąsiedniego sklepu z artykułami elektrycznymi na kawę, gdy się tak kręciłam przy terenie serwisu.

– A jadła pani śniadanie?

– Coś tam jadłam, ale i tak będę robić zakupy – odpowiedziałam.

No więc do kawy dostałam także jajecznicę ze świeżym pieczywem.
Onieśmielona nieco tym aktem serdeczności pochłonęłam te dobra w miłym towarzystwie i akompaniamencie drawieńsko-rowerowo-bushcraftowych tematów.

To rozprężenie przerwała wiadomosć pana naprawiającego mój rower, który oświadczył, że Kia jest gotowa do drogi.
Załadowałam więc mandżur i pokrzepiona nie tylko dobrym śniadaniem, ale przede wszystkim serdecznością, jaka mnie tu spotkała ruszyłam w drogę.

Podsumując: Drawsko, a właściwie spotkani tam ludzie na zawsze pozostaną w moim serduszku. Mój żołądek również miło wspomina.

No i uzyskałam 3 pary trzymających za mnie kciuków.

Tego dnia jazda była naprawdę przyzwoita. Umówiłam się sama ze sobą, że bez względu na to, czy dojadę na czas, czy też nie – to nie ma znaczenia, ale powalczę.
Wszystkie znaki na niebie i ziemi pozwalały mi jednak wierzyć, że dojadę do Gdańska. Było trochę błota, dużo polnych ścieżek zarośnietych trawą, lasy i oczywiście dużo piachu, gdzie nie raz zaliczyłam glebę. Spoko – kamienie też były.
Mijałam się raz po raz po drodze z tymi samymi chłopakami, co pozwalało mi odzyskać nadzieję, że może dojadę do tego Gdańska w limicie. Na jakimś 70 km tego dnia w sklepiku spotkałam całkiem sporą grupkę z rajdu. Opędzlowałam sążną porcję pierogów, siedząc na trawniku i byłam gotowa, na naparzanie jak dzik w truflach.
I podzielę się z Wami moim niesamowitym odkryciem: jazda na pierach daje radę. Polecam.

To również był odcinek, gdzie było stosunkowo dużo asfaltu, więc można było przycisnąć, choć nie ukrywam, że wydawało mi się to podejrzane, gdyż Panowie Pachulscy niechętnie prowadzili trasę nawet szutrami, więc co jakiś czas musiałam sprawdzać na mapie, czy aby na pewno nie jadę obok jakiejś drożyny z błotem czy też grząskim piaskiem, która
wg organizatorów będzie się nadawała nie tylko do przejazdu czołgiem, ale spokojnie i rowerem.

Po drodze zgrałam się z Jarkiem, który miał taki sam plan, by jechać do zmroku i paść tam, gdzie go noc zastanie.

Bo pewnie, wiecie, żem tchórz pierwszej wody i nie dojrzałam jeszcze, by spać sama na dziko samej.
Ale pracuję nad tym.
Serio.

Mając w sumie 280 km na liczniku (z tego dnia 120 km) rozbiliśmy się na skraju lasu. I to była pierwsza noc od 3 dni, kiedy przespałam solidne 5 h. Było ciepło, ściółka miękka (choć mogłam lepiej oczyścić podłoże z szyszek (naprawdę nie ma co komentować).
Najlepsza noc od kiedy spałam w swoim własnym łóżku.
I jak potem się okaże ostatnia podczas tej jazdy.


Wbrew moim ambitnym planom ruszyłam dopiero o 5:30 zostawiając mojego jeszcze drzemiącego towarzysza.
Solidna dawka snu i piękny poranek sprawiły, że noga podawała.
Po 7 rano zadzwoniłam do poligonowego kolegi… a ten byczył się jeszcze w hotelu w Miastku. Czyli istniała szansa, że go dogonię.
W międzyczasie zatrzymałam się w sklepie, żeby kupić pastę do zębów, bo oczywiście swoją gdzieś zgubiłam i przy okazji rozdawać dragi pod sklepem – a tak poważnie podzieliłam się moimi zapasami asparginu i środkami przeciwbólowymi ze spotkanymi po drodze uczestnikami Pomorskiej, którzy byli w potrzebie.

Kilkadziesiąt kilometrów dalej natykam się na najlepszy marketing świata: tabliczki z informacją, że jeszcze x km (w zależności od dystansu) i można wstąpić na grochówkę i piwko.
Mijając pierwszy taki środek marketingowy dzwoni do mnie dawno niewidziany kolega A.
I zgadnijcie gdzie był: właśnie tam, gdzie wskazywały drogowskazy!

Od tego telefonu dzieliło mnie już niecałe pół godziny od miejsca spotkania (A. twierdził, że dużo dłużej, ale nie dam się sprowokować tym pomówieniom).


No i dotarłam. Trochę ludzi od nas odpoczywa w ogródku, gdzie doprowadziły mnie zielone tabliczki.
Jest i A., który jak mnie tylko zobaczył, to wybuchł gromkim śmiechem. Myślałam z początku, że to serdeczna reakcja na to, że znów się spotykamy.
Jednak chodziło o to, że byłam tak brudna, że możnaby pomyśleć, że bierzemy udział w dwóch różnych imprezach: w przeciwieństwie do tego francuskiego pieska, który spędził wygodną noc w hotelu z całym zapleczem sanitarnym, przypominam, że ja musiałam się zadowolić spaniem w namiocie i za pomocą mokrych chusteczek przywrócić sobie chociaż minimalny komfort higieniczny. Co, jak zauważył mój uprzejmy towarzysz, nie przyniosło specjalnych efektów.

Po kilku minutach pastwienia się nad kondycją mojej higieny, A. przyznał, że w sumie to mi zazdrościł tego noclegu na dziko.2

Wjechała nie tylko grochóweczka, ale również mogłam skorzystać z prysznica. Po tym wspaniałym doświadczeniu moja karnacja zrobiła się kilka tonów jaśniejsza. No i role się odwróciły, bo z naszej dwójki to teraz ja byłam ta czystsza.
Ale wierzcie mi – nie na długo.
Trochę tam zabawiliśmy, bo mnie rozprężył prysznic, a A. – piwko.

____________________________________________________________

1 Muszę przyznac, że ten dzień gastronomicznie przedstawiał się całkiem zacnie.

2 A ja zazdrościłam mu jego noclegu w hotelu. Ale się nie przyznałam.

A to był dopiero początek tego wyluzowania. Z całą odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że tego dnia zorganizowaliśmy sobie:

Festiwal prokrastynacji i rozprężenia

– To co? Dajemy jednym ciągiem przez noc? – zapytałam pewnie, jakbym robiła to codziennie.

A. wszedł w ten pakt bez namysłu. Pewnie dlatego, że nie specjalnie wiedział, na co się pisze.

Z drugiej strony upał dawał nam się tak we znaki, że przyjęliśmy filozofię śródziemnomorską: praktycznie całe popołudnie to była jedna sjesta: a to w chłodnym lesie, a to prawie 2h spędziliśmy pod sklepowym parasolem uzupełniając energię, pijąc złoty napój i dzieląc się bezwstydnymi fantazjami, co byśmy zjedli na obiad1.

Nie wiem też, czy zaczęliśmy się porozumiewać na poziomie metafizycznym, czy po prostu ta upalna aura tak nas nastroiła, ale uznaliśmy niemal jednocześnie, że w sumie spoko opcją byłoby zatrzymać się nad jakimś jeziorem i się wykąpać. Szczególnie, że ze znalezieniem takiego nie było problemu.

Jak pomyśleli, tak też zrobili.
Okazja trafiła się całkiem niedługo, gdy przejeżdżaliśmy koło jeziora Wiejskiego. I znowu przebalowaliśmy ponad godzinę bez przemieszczenia się ani o kilometr, ale jak ustaliliśmy na początku – to nie wyścigi.


W A. wstąpiło nowe życie i jeszcze nieraz podczas rajdu, a także wielokrotnie po nim rozpływał się nad zbawiennym wpływem zimnej wody na rejony ciała, które mają bezpośredni kontakt z siodełkiem.
Wygląda na to, że to ja byłam zgredkiem w tym duecie, bo mnie z kolei naszły wątpliwości, że chyba nie dojedziemy na czas.
Wieczór się zbliżał, a my mamy jeszcze jakieś 170 km do końca.

____________________________________________________________

1 Bezwględnie zwyciężyła kuchnia staropolska.

„Andrzej, my tu umrzemy”

Upalne rozbisurmanienie zebrało swoje żniwo nocą. Nagle z 30 stopni zrobiło się 10,
a może i mniej – przynajmniej odczuwalnie. Kiedyś przy okazji innej relacji wspominałam, że wjeżdząjąc w zimne masy powietrza ma się wrażenie, że właśnie wyziewa się ducha. Utrzymuję tę opinię: tu było tak samo.
W nocy niestety tempo jest ślimacze, kilometry jakby dłuższe, ale za to w gratisie otrzymuje się absolutnie niepowtarzalną percepcję na granicy snu i jawy.

Jadąc w modusie przetrwania skupiałam się tylko, żeby utrzymać ciepło, które na każdym postoju bardzo szybko traciłam, trzęsąc się jak liść na wietrze.
Każdy z nas miał lepsze i gorsze momenty, choć wydaje mi się, że A. trochę gorzej znosił nocną jazdę.
Padła nawet propozycja, żeby się gdzieś na chwilę kimnąć, np. na ambonie.


Na szczęście czerwcowe noce są krótkie i wyczekiwany świt przyszedł w idealnym momencie, bo przed Chmielnem – przepiękną miejscowością w sercu Kaszub nad jeziorami. Zaczęliśmy spotykać gdzieniegdzie już naszych, a tu śpiących na przystanku, a to w namiocie gdzieś na polanie.
Ten widok obudził w A. bestię, sen ustąpił chęci rywalizacji (bo cały czas byliśmy przekonani, że jesteśmy ostatni).

Dla równowagi to ja popadłam w stan agonalny. Całą noc trzymałam się całkiem nieźle, ale z pierwszym promieniem słońca, mózg mi gdzieś odjeżdżał.
Zarządziłam 10 min. przerwy na przystanku, gdzie ponoć film mi się przewinął i mój letarg trwał jakieś 30, ale nie jestem w stanie tego zweryfikować.

Po takiej pauzie było wciąż kijowo, ale wystarczająco stabilnie, by w takim stanie dojechać do Chmielna.

Dla podsumowania zapraszam na kilka słów od korespondentki Grażyny, która profesjonalnie opisze Wam, jak było:
(UWAGA: niecenzuralne słownictwo, za które nie przepraszam, bo to była 5 nad ranem)

Chmielno było jedynym punktem, gdzie potencjalnie moglibyśmy zrobić zakupy… tylko, że dotarliśmy tam nad ranem. Wszystko pozamykane, oprócz jednej kafejki, która w sumie jeszcze nie otwierała, ale właścicielowi chyba było głupio odmówić.
Szczególnie, że lokal działał dopiero od kilku dni i nie był przygotowany na falę prawie 500 kolarzy, którzy najczęsciej lądowali w tych samych miejscach.
Najśmiejszniejsze jest to, że na malutkim skwerku na terenie kawiarenki, spali w namiocie kolejni uczestnicy. Wypiliśy także szybkie espresso i cisnęliśmy dalej w poczuciu triumfu, że przechytrzyliśmy ich wszystkich.

To uczucie nie trwało długo. Im słońce wyżej na nieboskłonie, tym cieplej, więc chowając moją bluzę, zrobiłam to tak nieudolnie, że ta zaraz wypadła mi z torby i idelnie wkręciła mi się w tylny hamulec. Oczywiście, kiedy wjeżdzaliśmy pod górkę.
Bluza tak się zawinęła, że musiałam wykręcać okładziny, a to i tak było na tyle trudne, że się trochę z tym naszarpałam.
Sytuacja była tak absurdalna, że popadliśmy w jakiś histeryczny śmiech z bezsilności. Choć mi to chyba chciało się bardziej płakać. Ale nie miałam siły.
Hamulec udało się uwolnić, za to moja ulubiona koszulka wylądowała w najbliższym koszu, gdyż była nie do użytku.

Dalsza droga to lawirowanie w gorącu wśród pól. Sfrustrowani brakiem czegokolwiek, gdzie można uzupełnić zapasy (serio – jechaliśmy grubo  ponad 100 km bez napotkania jakiegokolwiek otwartego sklepu lub stacji), wyrażaliśmy dobitnie, co sądzimy o woj. pomorskim.
Dla A. takie infrastrukturalne braki były podwójnie dotkliwe, bo ciężko funkcjonować w trybie „impreza”, kiedy nie było podstawowego paliwa: piwa.
Dopiero jakieś 30 – 40 km przed metą trafiliśmy na dobrze zaopatrzony spożywczak.
Ja zjadłam zapieksa, na myśl którego do teraz się wzdrygam, poprawiając jeszcze lodem wodnym, zapijając zimnym Tymbarkiem.
Dieta ultramatońska to złoto.
Dobrą wiadomością było też to, że powrócił też dawno niewidziany uśmiech u A.

„Dwa Żubry i spokój” – chciałoby się rzec.

„Przecież miało być już łatwo”

Jeśli miałabym dać radę komuś, kto miałby wybrać się pierwszy raz na taki dystans, to bym powiedziała: nigdy nie wierz w to, że pod koniec będzie łatwo.
Inaczej można popaść w głęboką frustrację, jak np. ja – gdy było niecałe 30 km do mety.
Lepiej przyjąć  gorszy scenariusz i miło się zaskoczyć niż potem mierzyć się z rozczarowaniem.
Fajnie też mieć kamrata, który dzielnie znosi złośliwe odzywki i obraca wszystko w żart (albo po prostu był świadomy, że to marudzenie skończy się niebawem, a numery i kontakty można przecież poblokować 🙂 Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że moja dramaturgia dostarczała mu niemałej rozrywki).

Z resztą, zobaczcie sami:
(UWAGA: niecenzuralne słownictwo, za które równiez nie przepraszam. Po obejrzeniu zrozumiecie.)

Epilog

Choć przez Gdańsk przebiliśmy się dosyć sprawnie, to nasz finisz był mało elegancki, bo pogubiliśmy się już na samej końcówce.

W efekcie pchaliśmy rowery przez piach na linię mety.
Jakby nie patrzeć, ma to wymiar symboliczny.

Ale udało się! Ponad 530 km dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty 🙂
Ja dodatkowo 33 h bez snu i w ciągu tego czasu pokonałam blisko połowę trasy.

Odbierając medal Leszek aka „Ojciec Dyrektor” powiedział mi, że moja legenda dotarła do Gdańska długo przede mną, gdyż wieść rozniosła się szerokim echem.
Oczywiście chodziło o awarię przed Drawskiem.
Od luzerki do bohaterki 🙂
Tego dnia jeszcze od wielu uczestników, których spotkałam jeszcze na trasie słyszałam, że myślami mi kibicowali i że słali pozytywną energię na etapie poligonu.

Wykończeni, acz dumni ukoronowaliśmy nasze zwycięstwo (a w zasadzie przetrwanie) kąpielą w Bałtyku.

Brak snu w końcu upomniał się o swoje. Upodlenia stało się zadość – w hotelowym pokoju zasnęłam bez prysznica i w ubraniu 2 sekundy po odłożeniu rzeczy na podłogę.

Podsumowując:

Jeśli na Pomorskiej możnaby wybrać pakiet z różnymi opcjami doświadczeń, to nasz nazwałabym „Full Experience”: zaliczyliśmy dużo zadań pobocznych, jak jezioro czy jazdę ciągiem przez noc. Do mojego pakietu wszedł oczywiście triumfalny powrót po usterce i noc w lesie.

Łącząc kropki po fakcie mogę powiedzieć, że miałam dużo szczęścia – awaria wydarzyła się w idealnym momencie – gdyby linka postanowiła zerwać się za Drawskiem, prawdopodobnie nie ukończyłabym rajdu.
No i nie byłoby gwarancji, że spotkalibyśmy się z A., a moja relacja wyglądałaby zupełnie inaczej.


Andrzej i Asia na mecie

Post Scriptum

Oprawę materiałami zdjęciowymi i filmowymi zawdzięczam w większości jednej z głównych postaci tej relacji – Andrzejowi.
Inaczej ten blog byłby opatrzony prawdopodobnie wyłącznie moim selfie przed startem i fotografią błota gdzieś w połowie trasy.

Nie mam takiej podzielności uwagi, by walczyć o życie i jednocześnie to uwieczniać, ale jak widać inni umieją.
Tak, czy inaczej dziękuję autorowi.

Druga runda podziękowań należy się chłopakom, którzy pomogli mi na trasie – bez Was mogłoby nie być tej części relacji.

Trzecią rundę podziękowań dedykuję wszystkim tym, którzy trzymali za mnie kciuki i za tych, którzy słali wiadomości i wirtualnie pomagali pchać moją kropkę ku mecie.

Na koniec, również dzięki uprzejmości Andrzeja zapraszam do obejrzenia krókiego klipu:

5 Comments Add yours

  1. ViRu pisze:

    Gratulacje::) no i zazdro mimo wszystko fajnej przygody 🙂 a ile było na liczniku czasowo kiedy kończyłaś bo w treści nie mogę się doszukać ?

    1. A swoja droga pisze:

      Ja tu gadam, że czas nieważny, że ważne jest to, co nas otacza i takie tam, a ten o czas pyta 🙂
      Ale zdradzę, że 77 h 🙂

  2. Ania pisze:

    Niesamowita relacja z jeszcze bardziej niesamowitej przygody! From zero to hero 🙂 Ciebie nic nie jest w stanie zatrzymać, pokazałaś to nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz. Gratulacje!

  3. Alex pisze:

    Niezmiennie podziwiam stalowy poslad, stalowa determinacje i Twoje lekkie pioro. Z jednej wspolczuje sponiewiery, ale jednoczesnie zacieram rece na kazdy kolejny test 😉

    1. A swoja droga pisze:

      Dziękuję w imieniu stalowego poślada 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *