Tour De Pomorze 2015

…  czyli 700 km wyrypy w Zachodniopomorskiem

Tym razem o tym, jak zafundowałam sobie weekendową „wycieczkę” wokół Pomorza Zachodniego o dystansie 700 km.
O co chodzi? O pierwszą edycję ultramaratonu kolarskiego Tour De PoMorze – 700 km Non Stop. Start 26.09.2015. Dystans jak w tytule. Limit czasu: 50 h.

Pierwszy dzień

Standardowo zostaliśmy podzieleni na grupy startowe. Moja grupa ruszała o 8:30. Highlightem było to, że startowaliśmy z promu! Cały prom był nasz – tam montowano nam nadajniki GPS, był serwis rowerowy, samochody techniczne, gdzie oddawaliśmy przepaki no i cała banda kolarzy! Atmosfera mega. Tylko tam gdzieś z tyłu głowy brzęczy jakiś niepokój…
Po niewybrednym żarcie Czarka, komandora tego zamieszania, punkt 8:30 wystartowaliśmy. Nie daję się ponieść, przyjmuję sprawdzoną strategię „żadnego przekraczania strefy komfortu!”. Słoneczko świeci, dosyć ciepło, dobry asfalt… a ja się wlokę jakbym prowadziła balkonik mając złamaną nogę. Muszę dodać, że jeszcze niecały tydzień wcześniej byłam na zwolnieniu z powodu anginy, której oczywiście nie doleczyłam. W hotelu było zimno, więc zdążyłam się doprawić – wystartowałam z katarem, bolącym gardłem i kaszlem przy czym to pierwsze było najbardziej upierdliwe (jak ktoś widział jak kolarze czyszczą nos podczas jazdy bez użycia chusteczki to wie o czym mówię).
No ale koniec tej dygresji – do pierwszego punktu kontrolnego mam 91 km. Przed Wisełką, w Wisełce i za Wisełką – podjazdy, zaczynają mnie mijać inni kolarze – głównie ci z kategorii „solo”, źle mi się jechało i nie mogłam złapać tempa.
Nie minęła nawet stówa, a ja już popadam w jakieś frustracje. Cóż. Toczę się dalej. No i dotoczyłam się na pierwszy punkt. Tu czekał na mnie Witek, który przyjechał tutaj kilka minut wcześniej. Ruszyliśmy razem. Ponieważ kolejny punkt był za 90 km, ustaliliśmy, że mniej więcej w połowie zrobimy małą przerwę. Witek chciał iść nawet do knajpy, ale stanowczo zawetowałam ten pomysł, bo nie lubię się na tak wczesnym etapie „rozsiadać”. A poza tym to jest mimo wszystko wyścig.
W drodze kompromisu stanęło na stacji benzynowej, gdzie Witek coś tam pił a ja leżałam na granitowej, nagrzanej od słońca ławce, by ulżyć plecom, które od dłuższego czasu dawały mi się we znaki. No początek nadal fatalny.
Później nie było wiele lepiej. Co prawda kręgosłup odpuścił, ale teraz dla odmiany jechaliśmy pod wiatr. Nie było to dla mnie niespodzianką. Trasa do Darłowa jest zawsze wietrzna. Sporą część trasy prowadziła też krajówkami. No ale dotelepaliśmy się do PK2. Na razie – jak po grudzie. Zaczęłam weryfikować swoje założenia – na początku rwałam się na 35 – 36 h jazdy („och ty naiwna istoto!” – chciałoby się rzec… ale nie uprzedzajmy faktów). Na tym etapie optuję za jazdą bez snu.

Do PK3 dojechaliśmy już o zmroku. Witek kryzysował. Marzł, bo jechał w krótkich spodenkach (!) a co najgorsze – na przepaku nie czekały na niego długie spodnie. A temperatura oscyluje ok 22:00 w okolicach 5 st. C. Ja się czułam dobrze, miałam wrażenie, że poprawił mi się komfort jazdy (albo się do niego przyzwyczaiłam), ubrałam się odpowiednio i byłam gotowa atakować Szczecinek, gdzie czekały na mnie rzeczy do przebrania i ciepłe jedzenie. Całą drogę z Polanowa do Bobolic prowadziłam ja. Czy wiedzieliście, że Zachodniopomorskie ma serpentyny? To właśnie w tych okolicach.

Witek, z powodu ubytków w odzieniu, miał kryzys jak stąd do mety. Do tego rozładowywała mu się lampka, co chwila przystawaliśmy a ja wybijałam się z rytmu. Gdy dojechaliśmy do Bobolic, mój towarzysz niedoli postanowił zrezygnować. Trochę mi ulżyło. Tak jakbym zrzuciła z siebie ciężki plecak.

Do Szczecinka dojechałam już sama – i to był póki co najlepszy odcinek na tej trasie, szybki, nie nudny i końcu w jakimś rytmie. Do tego piękne gwieździste niebo i księżyc w pełni (tak, tak, nie gapię się tylko w licznik, ale umiem spostrzec piękne okoliczności przyrody).

Pierwsza noc

W Szczecinku okazało się, że dogoniłam kilka grup (jak do tej pory, jadąc z Witkiem byliśmy wszędzie ostatni). Część osób nawet spała. Ja zjadłam ciepłą zupę, „doubrałam się” jak to w kolarskim żargonie się mówi, chwilę odpoczęłam i… już znalazł się kolejny partner do jazdy – Krzysztof. Zawsze raźniej. Szczególnie, że czekała nas nocna jazda przez Borne Sulinowo – polski Mordor, gdzie na bank mieszkają trolle. Do tej cudownej miejscowości jedzie się 10 km ciemnym lasem, w samej miejscowości jest wszędzie zakaz jazdy rowerem po jezdni… i jak tylko wpadnie się na pomysł, żeby zjechać z brukowanej ścieżki na gładziutki asfalcik, to obecna tam straż miejska wykazuje się niebywałą skutecznością w zwalczaniu przewinień złych i niebezpiecznych rowerowych piratów drogowych. Nie pozdrawiam.
Za Mordorem kolejne 10 km wśród ciemnego lasu. Jedziemy w stronę Mirosławca. Ponieważ to pojezierze – wilgotność wzrosła a z nią – odczuwalność niższej temperatury. Brrrr. Termometr na liczniku wskazywał 1,7 st. C. Najgorsze jednak były gęste, niskie mgły, które budowały się na drodze – wjeżdżając w taką, widoczność spada do metra a jej wilgotny chłód przeszywa do cna, niezależnie od tego, ile masz warstw na sobie. Wrażenie jest tak okrutne, że tak do końca nie wiesz czy to jeszcze ta mgła cię okala czy to już twój duch, którego wyzionąłeś.
I w tym wszystkim nad ranem, gdy poranna rosa zaczęła się na nas osadzać, dopadł mnie kryzys. Fizycznie byłam w stanie jechać, ale zamykały mi się oczy a światła i cienie układały mi się w jakieś twory albo rozjeżdżał mi się obraz. Do Myśliborza, gdzie była możliwość przespania się, było jeszcze 100 km. Zło. I niebezpiecznie.
Myślałam, że Krzysztof będzie trochę silniejszy i będzie nadawał żwawe tempo. Niestety na mnie spoczęła rola mocniejszego ogniwa i nawigatora (jeśli ktoś mnie trochę zna, to wie, że to dosyć zabawne), ale umówmy się – mając opis trasy, który dostaliśmy w pakiecie startowym – to żadna sztuka nawigować.
Tak więc na oparach, chwilę przed świtem, zdobyliśmy kolejny punkt kontrolny (366 km). Tam wypiłam dwie kawy, coś tam zjadłam i trochę odetchnęłam. Bez większych refleksji pojechaliśmy dalej.

Drugi dzień

Nadal walczę z sennością. Na szczęście wyszło słońce i zrobiło się ciepło. Tak jakbym dostała zastrzyk energii. Zmęczenie jakby trochę odeszło a morale znowu wysokie! Pomimo bolącego kolana jest dobrze. No i za Choszcznem złączyliśmy siły z grupą, która długo jechała przed nami. Trasa rewelacyjna, szybka płaska i słońce! Zapomniałam o kryzysie. Prujemy w ok. 30 km/h. I w końcu 460 km – Myślibórz! Z uśmiechem wpadamy całą bandą do harcówki. Tam czekał na nas ciepły obiad (dwudaniowy!), prysznic, przepak i fantastyczna atmosfera i wyczekiwany sen.
Niesamowite jest jak sen potrafi regenerować organizm, by znowu był zdolny do ciężkiej pracy. W Myśliborzu spałam 50 min. Po takiej drzemce czułam się, jakbym narodziła się na nowo. Wsiadając na rower o 16:20, nie tylko czułam się wypoczęta, ale mój entuzjazm sięgał zenitu („Jeszcze TYLKO 220 km! To już nic!”). Narzuciłam żwawe tempo i tym sposobem kolejny punkt w Chojnie zaliczyliśmy jeszcze przed zmrokiem. Nawet Krzysztof dawał radę pomimo, że nic nie spał. Bez większego obijania się ruszamy do Szczecina. Jechaliśmy krajówką, która o tej porze była pusta. Krzysztof zaczynał trochę odstawać, ale mu tłumaczyłam, że nie ma co się oszczędzać, tylko „lecieć w trupa”, bo dystans kurczy się bardzo szybko. Zatrzymaliśmy się w Widuchowej na chwilę, no i niestety Krzysztof nie zauważył krawężnika i wyłożył się z rowerem jak długi. Nic się wielkiego nie stało – ułamało się tylko trzymanie do światełka, które przykleiłam taśmą a on sam, się tylko zadrapał. Niestety zaczęłam się martwić, że mój towarzysz traci koncentrację, bo nic nie spał (przypominam, że walczymy już niemal 38 h). No ale na szczęście nie było źle. Od Gryfina jechało się jeszcze lepiej. Szerokie, oświetlone ulice i dobra nawierzchnia, no i chyba ta świadomość, że to moje tereny.

…i druga noc

O północy Szczecin był odhaczony i mały tip od chłopaka z punktu, że grupa, która wyjechała z Myśliborza 1,5 h wcześniej od nas, minęła ten punkt kilkanaście minut temu, także całkiem nieźle podgoniliśmy. Rzuciłam do Krzysztofa: „Gonimy ich!”, ale jego mina mówiła: „Chyba cię pogięło”… tylko w bardziej dobitny sposób.
Pozostał ostatni PK – Stepnica i już tylko cześć i chwała. W połowie drogi do ostatniego punktu strasznie się skryzysowałam. Było strasznie zimno (3 st. C) i ciemno. Te 43 km jechaliśmy strasznie długo… za długo. Krzysztof już w głębokim kryzysie. Mnie boli podstawa karku – tak jakby mały kajman wzgryzł mi się w mięsień i nie chciał puścić. Okropny ból. Stepnica zdobyta bez entuzjazmu, za to na dużym zmęczeniu. Krzysztof się ociąga a jedyne co mnie podtrzymuje na duchu to to, że 5 min wcześniej uciekająca nam grupa wyjechała z punktu. Pozostał nam ostatni odcinek. Ostatnie 50 km. Najgorsze z całego wyścigu. Znowu te mgły wysysające dusze, rosa i napady senności. Gdy na ostatniej prostej wpadłam w trans, skupiając się na pedałowaniu i żeby nie zasnąć, zostawiłam Krzysia gdzieś daleko w tyle. Ocknęłam się na dźwięk jadącego ambulansu z naprzeciwka. Gdy się zorientowałam, że go nie ma za mną, zatrzymałam się i poczekałam. Czekam, czekam, czekam… nie ma go. Przestraszyłam się, że ten ambulans to po niego. W tym momencie zawróciłam zobaczyć czy wszystko w porządku. Nawróciłam jakieś 3 km, w duchu prosząc, żeby wszystko było ok. Na szczęście mój towarzysz niedoli miał się dobrze, tylko niestety już podchodził pod dosyć stromą górkę z braku sił.

… i finał!

Postanowiłam już nie odjeżdżać tak daleko i kontrolować czy jedzie za mną. W końcu Świnoujście, meta przy przystani promowej. Godzina 06:06. Ledwo żyję a ze zmęczenia chciało mi się płakać.
Za to Krzysztof nagle się ożywił, endorfiny i adrenalina mu puściły i zaczął kłapać dziobem (myślałam, że mu przyłożę, ale nie miałam siły).
Po podliczeniu czasu, od grupy, którą goniliśmy przez 200 km dzieliła nas tylko minuta. Gdybym miała silniejszego partnera to na pewno byśmy ich złapali. Niestety nie miałam zbyt dużego szczęścia do partnerów do jazdy. 95% wyścigu to ja pracowałam na tempo i w którymś momencie musiałam opaść z sił. O zmianach nie mogło być mowy, bo byśmy nie dojechali.

Przyznaję, że bardzo ciężko odchorowałam ten wyczyn. Kręgosłup na odcinku szyjnym doskwiera mi do dziś, dwa dni chodziłam jak zombie, bo nie mogłam odespać dwóch zarwanych nocy i jeszcze do tego wszystkiego wróciła mi niedoleczoną infekcją. I tak naprawdę dopiero teraz doszło do mnie: „Kurcze! Przejechałam 700 km! To jest kawał drogi!”. Umówmy się – to nie jest dystans dla kolarzy rekreacyjnych. To dystans dla hardcorów mających nie do końca równo pod sufitem (ale za to z bardzo twardą psychiką… i dupą).

Nazajutrz wszyscy uczestnicy się spotkali w Sali Teatralnej w Świnoujściu na wręczenie medali. Wszyscy w świetnych humorach i wszyscy mieli ten sam dziarski krok na sztywnych kolanach. Krzysztof wielokrotnie mi dziękował za wyciągniecie jego czasu i wsparcie. Znalazłam się w ekskluzywnym gronie sześciu kobiet, które ukończyły wyścig (po drodze dwie zrezygnowały).
To kolejne doświadczenie, kolejne wyciągnięte wnioski i kolejna granica przesunięta. Czy powtórzyłabym to? W każdej chwili!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *